26 maja 2014 roku w Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie już po raz dwunasty nagrodzono najlepsze polskie okładki prasowe - Artpunkt, projektowany przez Patrycję Kucik, zdobył wyróżnienie.
artpunkt #20

Jak ciasto biorą gazety w palce i żują, żują na papkę pulchną” – Aleksandra Jach
NET.ART – sztuka w przestrzeni elektronicznej – Ewa Wójtowicz
Estetyka niedoskonałości, o twórczości Bartosza Kokosińskiego
– Mateusz Maria Bieczyński
Wstęp do ciemności – Natalia Krawczyk
Fall without failure – Agnieszka Grodzińska
Oddawaj moje 195 złotych!...i 20 groszy – Aleksander Hudzik
Fall without failure – Agnieszka Grodzińska
Oddawaj moje 195 złotych!...i 20 groszy – Aleksander Hudzik
Czuję, że to, co robimy, ma sens. Rozmowa z Ewa Łączyńską-Widz – Agnieszka Dela-Kropiowska
wersja elektroniczna:
http://issuu.com/galeriaopole/docs/artpunkt_nr_20
wersja elektroniczna:
http://issuu.com/galeriaopole/docs/artpunkt_nr_20
Społeczne kuratorowanie Kroniki - Stanisław Ruksza
Niniejszy tekst poświęcony jest
zaledwie części mojej działalności kuratorskiej, związanej z pozycją kuratora i
zarazem dyrektora programowego w publicznej instytucji – Centrum Sztuki Współczesnej
Kronika w Bytomiu. To aktywność de facto metakuratorska związana z pracą
nad spójnością programową instytucji i konstytuowaniem jej narracji, estowaniem
w jej obszarze rozmaitych modeli wystawienniczych dotyczących lokalnego
kontekstu i jego społecznej specyfiki, a także wyjścia poza schematy systemu
produkcyjnego świata sztuki.
Poniżej odniosę się do kilku
projektów z ostatnich lat stanowiących istotne punkty przemian tożsamości bytomskiej instytucji: „klasycznej"
wystawy tematycznej „Muzeum Historii
Nienaturalnej” (2008), spaceru jako wystawy „Kunstkammera Bytom” (2010), migrującej wystawy „Workers Of The Artworld Unite”
(2013), w której figura kuratora ulega zatarciu, oraz trwającego właśnie
długofalowego programu badawczego nastawionego na długotrwały proces „Projekt Metropolis” (2011-2015).
***
W 2006 roku Kronika została ponownie
otwarta po „okresie
bezdomności" spowodowanej pęknięciem kamienicy, w której się mieści.
Instytucją kierował wtedy Sebastian Cichocki, a ja niebawem uzupełniłem zespół
kuratorski. Zerwaliśmy wówczas z modelem typowej galerii pokazującej jedynie
wystawy głównego obiegu sztuki. Nastąpił czas eksperymentów z różnymi
strategiami kuratorskimi, a także własną, nieprzepracowaną historią i
tożsamością miejsca. Najważniejszym projektem w kontekście „oswajania”
nowej przestrzeni była na tym etapie wystawa i książka Architektura
intymna/architektura odrzucona (2006; kuratorzy: Sarmen Beglarian,
Katarzyna Burza, Małgorzata Kozioł), pomyślana jako „autolustracja” zajmowanej
kamienicy. Śledztwo i rezultaty otworzyły po raz kolejny worek problemów
spychanych w Polsce na margines.
Miejska instytucja sztuki zajmuje
pożydowską kamienicę rodziny Cohnów, niefigurującej na liście ocalałych z
Holocaustu. Celowe uwypuklenie tego wątku przez Kronikę, szczególnie w czasie
dyskusji o polskim antysemityzmie, było symbolicznym przyjęciem na siebie
pozycji Obcego, manifestującego inne od dominujących homogenicznych wartości.
Odtąd kamienica przy Rynku 26, zaadaptowana na instytucję sztuki, nie miała
przezroczystego charakteru.
Pomimo
jednak przyjęcia politycznej strategii „społecznego mikrofonu", był on raczej ukierunkowany na
początku na kwestie obyczajowe niż np. socjalne, co ma niebagatelne znaczenie
patrząc na kontekst miejsca.
Bytom, w okresie PRL jedno z
ważniejszych kulturalnie i przemysłowo śląskich miast, został obok Wałbrzycha
jednym z flagowych przykładów nieudanej transformacji gospodarczej, gdzie
uprzywilejowane dotąd miejsca przerodziły się w obszary „nowej biedy”, a
gorączka czarnego złota zmieniła się w gorączkę złomu i odnowienia „praktyk
łowiecko-zbierackich”.
Działanie na takim terenie
poprzemysłowej rzeczywistości, której bliżej jest w odniesieniach do „toposów ruin"
niż do aspiracji o loftach zaadaptowanych przez tzw. klasą kreatywną, musiało
się przeobrazić również w podniesienie kwestii przemian i kosztów społecznych.
04 Biennale już tu jest - anarchitektura, fot. Stanisław Ruksza
***
Kilka lat temu
wspólnie z Sebastianem Cichockim kuratorowaliśmy wystawę „Muzeum Historii Nienaturalnej” (2008,
Kronika w Bytomiu), w której dla dziedzictwa kultury na Śląsku chcieliśmy
stworzyć – parafrazując tytuł książki Myszy i ludzie Johna Steinbecka – archiwum
„maszyn i ludzi”. Jeśli bohaterowie
powieści Steinbecka szukali harmonii wśród natury, to mieszkańcom Śląska
pozostaje adaptacja do zindustrializowanej rzeczywistości: najpierw przez
przemysł zdeterminowanej, a potem „osieroconej”. Opowieść wyznaczają:
pozostawione maszyny i ludzie,
ich (nie)możliwości, rozgoryczenia, ale i marzenia oraz alternatywne
rozwiązania adaptacji rzeczywistości.
Rozmowa Iwo Zmyślonego z Honzą Zamojskim
Rzeźbienie rysunków
Rozmowa z Honzą
Zamojskim
I.Z: Andrew Kreps
Gallery to jedna z ciekawszych galerii w nowojorskiej dzielnicy Chelsea.
Współpracuje z nią m.in. Goshka Macuga. Jak do nich trafiłeś?
H.Z.: Dyrektor
programowy galerii był u mnie ponad rok temu w pracowni w Poznaniu i od tamtej
pory jesteśmy w kontakcie. Po wystawie w Galerii Foksal zadzwonił i zaprosił do
zrealizowania wystawy w ich tzw. project
space.
Wystawę „Fishing
with John” pokazałeś dwa miesiące wcześniej w Galerii Foksal. Czym obie realizacje
różniły się między sobą?
Na
Foksalu rozmaite elementy wystawy – pojedyncze prace na papierze – wychodziły poza
przestrzeń wystawową, miejscami wręcz zastępowały prace znajdujące się
wcześniej na ścianach w biurach galerii. Nowojorska edycja składała się tylko z
rzeźby, która miała minimalnie inne proporcje niż w Warszawie – była dopasowana
do tamtejszego miejsca.
Znany jesteś przede
wszystkim jako wydawca książek artystycznych. Także wystawom w Warszawie i
Nowym Jorku towarzyszy publikacja, którą wydałeś wspólnie z wydawnictwem NERO –
jednym z ciekawszych międzynarodowych magazynów o sztuce. Jak doszło do tej
współpracy?
Środowisko
wydawców artbooków jest dosyć niewielkie, te same osoby przewijają się na
targach książek co roku. Redaktorów magazynu NERO poznałem na jednej z takich
imprez i kiedy Justyna Wesołowska, kuratorka Galerii Foksal, zaproponowała mi
zrobienie wystawy i wydanie książki, to od razu do nich uderzyłem. Umowa była
taka, że my dostarczamy materiał, natomiast oni projektują całość i organizują
międzynarodową dystrybucję.
Co jest takiego w
kobietach trzymających ryby?
Wszystko:
kobiety, ryby, uczucia, umysł i religia. To jest jeden z moich osobistych
fetyszy, który ciężko racjonalnie wytłumaczyć, ale który jest katalizatorem
działań bardziej skomplikowanych, takich jak wystawa czy książka. Nie wiem, czy
pamiętasz, ale w połowie lat 90. w „Wiadomościach Wędkarskich” na ostatniej
stronie zaczęły pojawiać się lekko erotyzujące motywy, coś jak „page 3 girl” w
gazetach brytyjskich, ale o zabarwieniu wędkarskim. A to jakaś syrenka, a to
jakaś karykatura, wszystko bardzo soft. Później, kiedy takich pism na rynku zaczęło
się ukazywać więcej, to np. w „Wędkarstwie” na przedostatniej stronie półnaga
wędkarka była co miesiąc. Tak więc to są jakieś tam odległe inspiracje, które
wracają, a ja zawsze chciałem zrobić coś wizualnego o wędkowaniu.
„Fishing with
John” to także typowy found footage –
praca na przepastnych zbiorach internetu, dekontekstualizacja i
rekontekstualizacja znalezionych obrazków. Traktujesz to jako krytykę tego
medium?
Od
krytyki są krytycy, ja używam tych zbiorów w dużej mierze intuicyjnie, ponieważ
dla mnie to jest zbyt bliski temat. Gdybym zaczął na chłodno kalkulować i
analizować te zdjęcia, to straciłyby one cały swój urok. Podobnie jak w
zasadzie nieoznaczoności – nie mogę mierzyć wartości, nie ingerując narzędziem
pomiaru w jego wynik.
Robert Maciejuk, Honza Zamojski, wystawa Góra i dół, Zachęta — Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa 2013 r.,
fot. dzięki uprzejmości artysty
Pamiętam, że gdy
po raz pierwszy wziąłem Fishing with John
do ręki, to sobie pomyślałem „WTF!?”. Po chwili jednak dotarło do mnie, że – po
pierwsze – nigdzie czegoś takiego jeszcze nie widziałem i prawdopodobnie nigdy
by mi to nie przyszło do głowy, co samo w sobie jest już jakąś wartością. Po
drugie, zainteresowało mnie to skrzyżowanie seksapilu z przemocą. Samo
wędkowanie kojarzy się raczej z wąsatym wujkiem w gumiakach. Tymczasem ty
pokazujesz młode, seksowne dziewczyny i to dość rozbudzone – ale rozbudzone
śmiercią, którą zadają. Mało tego – z rybą kojarzą się dość specyficzne
wydzieliny i zapachy, które te zdjęcia podprogowo ewokują.
No i to już jest twoja interpretacja,
jedna z wielu możliwych, ale faktycznie – zdjęcia działają, ponieważ po
pierwsze – jest ich masa, a masa robi wrażenie, a po drugie – są komponowane na
wysokim kontraście: piękne dziewczyny i martwe ryby, morza szum i krew na
pokładzie itp. Interesują mnie jednak różnorodne odczytania – kiedy autorzy piszący
teksty do książki Fishing with John
otrzymali zbiór zdjęć, każdy zinterpretował go po swojemu, według własnego
klucza.
Rozmowa z Ewą Łączyńską-Widz
Czuję, że to, co robimy,
ma sens
z Ewą Łączyńską-Widz, dyrektorką BWA w Tarnowie, rozmawiała Agnieszka
Dela-Kropiowska
A.D-K.: Każde
podsumowanie 2013 roku wymienia BWA w Tarnowie jako jedną
z najlepszych instytucji wystawienniczych w kraju. Co czuje dyrektorka tak wspaniałej instytucji po lawinie wspaniałych recenzji?
z najlepszych instytucji wystawienniczych w kraju. Co czuje dyrektorka tak wspaniałej instytucji po lawinie wspaniałych recenzji?
E. Ł.-W.: Czuję,
że to, co robimy, ma sens. Że warto się angażować, bo systematyczna praca
przynosi efekty. Najważniejsze jest to, że można ze sztuką współczesną działać
w każdym miejscu. Praca na tzw. peryferiach ma plusy i minusy, ale na pewno
jest ciekawa. Być może nasza działalność w Tarnowie, Opolu jest istotniejsza
niż duże festiwale czy wystawy w największych instytucjach. Ujęcie w rankingach, a rzeczywiście w tym roku było ich
kilka, stanowiło dla nas dużą niespodziankę. To był dla nas ważny rok. BWA istnieje
w Tarnowie od 1976 roku. Aż do ubiegłego roku nigdy nie miało swojej stałej
siedziby. W dwóch ostatnich latach funkcjonowało na czynnym Dworcu PKP. W 2013 roku
zrealizowały się wieloletnie starania moich poprzedników – dyrektorów i
wszystkich osób, które dla tego miejsca pracowały. W maju przenieśliśmy się do
odrestaurowanego dla nas neogotyckiego Pałacyku Strzeleckiego. Zainaugurowaliśmy
go wystawą „Jak się staje, kim się jest”, którą kuratorsko przygotowały dla nas
Agnieszka Pindera i Marika Zamojska. Wystawa oparta była na tarnowskich latach
szkolnych Tadeusza Kantora. Odnosiła się do czasu młodości, co równoległe jest
do okresu, w jakim my jako instytucja aktualnie się znajdujemy. To dla nas
ciągle czas formowania się. Mamy nową siedzibę, nowe osoby w zespole. Ja jestem
dyrektorką drugi rok. Bardzo cieszymy się, że ktoś – a szczególnie poza
Tarnowem – zauważa i docenia naszą pracę. Ale też wiemy, że jest jeszcze sporo
do zrobienia, choćby w obszarach wsparcia młodych zdolnych lokalnych artystów,
budowania własnej kolekcji, archiwum i dokumentacji, stałego sponsoringu dla
sztuki współczesnej, włączenia szkół do działania, współpracy z publicznością.
A.D.-K.: Chciałam
przyłączyć się oczywiście do miłych słów padających ze strony krytyków sztuki.
Proszę opowiedz o nowych możliwościach waszej instytucji po zmianie lokalizacji.
Co daje wam ta przestrzeń?
E. Ł.-W.: Nasze nowe miejsce ma wiele zalet. Pierwszą jest
lokalizacja. Pałacyk znajduje się w XIX-wiecznym Parku Strzeleckim. To jest
jedyny park w centrum Tarnowa. Mieszkańcy go bardzo lubią, a przychodząc do Parku,
mają ochotę nas odwiedzać, pobyć trochę dłużej. Za to wewnątrz jesteśmy
zupełnie podporządkowani architekturze. Mamy piękną prawie kwadratową salę o
powierzchni 150 m
kwad., wysoką na 6 m .
Bez okien, bez grzejników. Daje bardzo duże możliwości różnorodnej aranżacji, w
tym wertykalnej rozbudowy ekspozycji. Sala z założenia miała być
wielofunkcyjna, posiada duży ekran projekcyjny, system małego kina studyjnego. Poza
tym mamy salkę edukacyjną, wielofunkcyjny hol pierwszego piętra. Zaletą są
również dwa tarasy – na parterze, który świetnie sprawdza się podczas spotkań czy
koncertów latem, i duży taras poddasza,
z którego możemy oglądać czubki starych drzew.
z którego możemy oglądać czubki starych drzew.
A.D.-K.: Jaka jest
Twoja recepta na sukces instytucji pokazującej sztukę współczesną w naszym
kraju? Czy BWA w Tarnowie to rodzaj centrum kultury
z ambitnym programem wystawienniczym?
E.Ł.-W.: Nie wiem, czy to, co robimy w Tarnowie, jest receptą, która sprawdziłaby się wszędzie, ale u nas chyba wychodzi to całkiem nieźle. Tarnów ma 114 tysięcy mieszkańców. Był dawniej miastem wojewódzkim, w dalszym ciągu w sferze kultury uchodzi za stolicę subregionu. Jest ważnym ośrodkiem edukacji, szczególnie szkół średnich. W mieście działa liczny Okręg Związku Polskich Artystów Plastyków, jest świetny Zespół Szkół Plastycznych z długimi tradycjami, niedawno otwarty Instytut Sztuki przy Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej. BWA jest w mieście jedyną instytucją w pełni dedykowaną prezentacji sztuk wizualnych. Czujemy się zobowiązani do realizacji programu, który będzie możliwie najbardziej kompletną ofertą sztuki współczesnej adresowaną przede wszystkim do mieszkańców miasta. Staramy się tak układać program, żeby w skali roku był spójny i różnorodny. Zawierał klasyczne wystawy uznanych twórców polskich i międzynarodowych, współczesne aktualne tendencje, wystawy z udziałem artystów lokalnych. Realizujemy też działania interdyscyplinarne – koncerty, pokazy filmów, spotkania z literaturą. Ważną działkę stanowi dla nas architektura, to z racji tego, że w Tarnowie jest wiele ciekawych budynków z różnych wieków, w tym z XX. Ta nowoczesna architektura w większości nie jest jeszcze objęta ochroną konserwatorską. Projekty jej dedykowane pozwalają mieszkańcom dostrzec jej wartości. W listopadzie ubiegłego roku wspólnie z warszawskim Centrum Architektury wydaliśmy pierwszy polski przekład świetnych tekstów wiedeńskiego architekta i teoretyka Adolfa Loosa. To w hołdzie dla secesyjnego ducha Tarnowa.
z ambitnym programem wystawienniczym?
E.Ł.-W.: Nie wiem, czy to, co robimy w Tarnowie, jest receptą, która sprawdziłaby się wszędzie, ale u nas chyba wychodzi to całkiem nieźle. Tarnów ma 114 tysięcy mieszkańców. Był dawniej miastem wojewódzkim, w dalszym ciągu w sferze kultury uchodzi za stolicę subregionu. Jest ważnym ośrodkiem edukacji, szczególnie szkół średnich. W mieście działa liczny Okręg Związku Polskich Artystów Plastyków, jest świetny Zespół Szkół Plastycznych z długimi tradycjami, niedawno otwarty Instytut Sztuki przy Państwowej Wyższej Szkole Zawodowej. BWA jest w mieście jedyną instytucją w pełni dedykowaną prezentacji sztuk wizualnych. Czujemy się zobowiązani do realizacji programu, który będzie możliwie najbardziej kompletną ofertą sztuki współczesnej adresowaną przede wszystkim do mieszkańców miasta. Staramy się tak układać program, żeby w skali roku był spójny i różnorodny. Zawierał klasyczne wystawy uznanych twórców polskich i międzynarodowych, współczesne aktualne tendencje, wystawy z udziałem artystów lokalnych. Realizujemy też działania interdyscyplinarne – koncerty, pokazy filmów, spotkania z literaturą. Ważną działkę stanowi dla nas architektura, to z racji tego, że w Tarnowie jest wiele ciekawych budynków z różnych wieków, w tym z XX. Ta nowoczesna architektura w większości nie jest jeszcze objęta ochroną konserwatorską. Projekty jej dedykowane pozwalają mieszkańcom dostrzec jej wartości. W listopadzie ubiegłego roku wspólnie z warszawskim Centrum Architektury wydaliśmy pierwszy polski przekład świetnych tekstów wiedeńskiego architekta i teoretyka Adolfa Loosa. To w hołdzie dla secesyjnego ducha Tarnowa.
zobacz - Grzegorz Klaman
KONSTRUKCJA KRYTYCZNOŚCI
GRZEGORZ KLAMAN, NAMIOT, 1994, 285 X 300 X 200 CM, MIXED MEDIA,
DEPOZYT MUZEUM SZTUKI WSPÓŁCZESNEJ W SZCZECINIE,
FOT. ARCHIWUM FUNDACJI WYSPA PROGRESS
Subskrybuj:
Posty (Atom)





